Rok 2009 po 365 dniach stał się historią. Historią, którą chyba mimo wszystko mogę uznać za udaną, a jeśli nie, to przynajmniej stwierdzić, że plusów było więcej niż minusów.
Co prawda na kalendarzu już 2 stycznia 2010, ale to chyba dobry czas na zrobienie podsumowania, które do tej pory krążyło tylko po mojej głowie.
2009 rok z pewnością upłynął pod znakiem prawa jazdy. Kategorii autobusowej, dawnej jedynki oczywiście – start równo trzy lata po starcie tego pierwszego, samochodowego, a koniec – dopiero 9 miesięcy później. Najpierw kurs, heblowaty autosan i założenie, że warszawska Kapena nie będzie w maju sprawiać problemów. Cóż, rzeczywistość okazała się zgoła inna. Później kolejna próba, i jeszcze jedna. Dobrze, że chociaż teoria nie sprawiła żadnych problemów. W końcu decyzja o Ciechanowie, znów problem. Dodatkowe jazdy tamże, które – nie ukrywam – dały więcej niż kurs i w efekcie w końcu, 16 listopada, zdobyłem upragnione uprawnienia. Teraz tylko kolejne 6 kPLN i świadectwo kwalifikacji…
Jeśli chodzi o pracę, to w lutym po otwarciu jakże reprezentacyjnej ekspedycji Młociny zmieniło się moje miejsce pracy, więcej do roboty, dalej do pracy, ale świeży powiew był chyba potrzebny. Później marzec za biurkiem z racji delegacji kierownika i w sumie aż do teraz stagnacja, ale mimo wszystko moje starania zostały docenione – i mam nadzieję w nowym roku zaprocentują.
Motoryzacyjnie również nastąpił postęp – najpierw w końcówce marca prezent urodzinowy od rodziców zwany Cinquecento 0,7 – a potem, w sierpniu, po długich poszukiwaniach mogę również wozić się Fabią napędzaną dieslem. Także obecnie – do wyboru, do koloru. Gdyby tylko to tyle nie kosztowało…
13 marca o godzinie 12 wypaliłem ostatniego papierosa. To chyba największy sukces.
Udało się również spędzić krótkie wakacje na Słowacji i Węgrzech – co też mogę uznać za pewien sukces – a i Fabia miała okazję się wykazać.
Warto wspomnieć również o minusach mijającego roku – relacje towarzyskie zdecydowanie odeszły na drugi plan, po pierwsze z racji krótkich pobytów na Śląsku, a i ja nie zawsze miałem ochotę z kimkolwiek się spotykać, czego może teraz trochę żałuję.
Nie wyszedł również powrót do ścieżki edukacyjnej. Może uda się w tym roku – może z dużą pomocą ZTMu – okaże się gdzieś w połowie roku.
Miło upłynęła również końcówka roku jak i jego przełom – pomimo kłótni i nieudanych początkowych planów i decyzji o opcji awaryjnej, co do której miałem trochę obaw, Sylwester upłynął jak najbardziej udanie, w miłym towarzystwie i nieco inaczej niż zwykle – mogę uznać to trochę za powrót do korzeni.
Dziękuję wszystkim tym, którzy przyczynili się do pozytywnych odczuć przeszłych 365 dni – oby kolejne były jeszcze lepsze.


