Archiwum z Wrzesień 2009

Jesień

wtorek, 29 Wrzesień 2009

Nadeszła. Dziś wieczorem. Deszcz, chłód, wiatr.

Równo 4 lata temu stwierdziłem:

To jest nienormalne, żeby w takim wieku niektórych problemy przerastały… Skoro teraz coś takiego musimy pokonywać, to co czeka na nas w dorosłości? [...]

Ale nic nie jest pewne. Niczemu nie można wierzyć. Wszystko w ciągu tygodnia potrafi wywrócić się o 180 stopni… Czego właśnie doświadczam. Czy nie może nastąpić kolejna wywrotka, czy nie może być tak jak było kiedyś?…

Ile jeszcze wywrotek przed nami? Ile stwierdzeń, że gorzej być nie może?

Most Szczytnicki, jesień 2007
Wtedy też była jesień.

poniedziałek, 28 Wrzesień 2009

Wydaje mi się, jakby Nowy Rok był miesiąc temu, ale czas płynie nieubłaganie – już prawie październik – czyli w sumie bliżej do kolejnego Nowego Roku.

Od ostatniego wpisu nieco się zmieniło. Samochód został znaleziony, kupiony – daje satysfakcję, ale za to kredyt obciąża konto. Ale są gorsze rzeczy na świecie ;) Minął też urlop – krótki, dwutygodniowy, ale udany. Dwa dni w Popradzie słynącym ze źródeł termalnych i pięć w stolicy Węgier minęły stanowczo za szybko.

Deszczowy Poprad też miał swój urok, a kąpiel w 40 stopniowej wodzie przy 15 stopniach na zewnątrz potrafiła regenerować :)

Strbskie Pleso
Tutaj Szczyrbskie Jezioro, położone w Tatrach nieco wyżej niż Poprad.

Wyjazd do Budapesztu był dużą odmianą – po pierwsze, jakieś 10 stopni więcej i słońce, po drugie – język, z którego zrozumieć nie da się nic. Pierwszy dzień – szukanie automatu biletowego, później próby kupna biletu i znalezienia Burger Kinga, potem kilkukilometrowy spacer do Tesco. Drugi dzień – zwiedzanie, zwiedzanie i jeszcze raz zwiedzanie. Trzeci – wizyta w oceanarium i zwiedzanie. Czwarty – kolejne spacery po mieście i zakupy pamiątek. Piąty – wyjazd i wizyta w Tatabanyi. A do tego – Ikarusy w ilościach magicznych.

Budapest
Widok na węgierski Parlament w stolicy Węgier

W trakcie urlopu znalazł się też czas na odświeżenie starych znajomości, z czego się cieszę oraz pożegnanie gliwickich tramwajów (które mam nadzieję nie jest ostateczne) – to smutniejszy akcent.

Faktem niezmiennym pozostaje to, iż teraz, siedząc w pracy, tamte jeszcze letnie chwile mogę co najwyżej wspominać, oglądając za oknem kilka nocnych autobusów. Na szczęście to już ostatnia noc.

Pora spać.