Wydaje mi się, jakby Nowy Rok był miesiąc temu, ale czas płynie nieubłaganie – już prawie październik – czyli w sumie bliżej do kolejnego Nowego Roku.

Od ostatniego wpisu nieco się zmieniło. Samochód został znaleziony, kupiony – daje satysfakcję, ale za to kredyt obciąża konto. Ale są gorsze rzeczy na świecie ;) Minął też urlop – krótki, dwutygodniowy, ale udany. Dwa dni w Popradzie słynącym ze źródeł termalnych i pięć w stolicy Węgier minęły stanowczo za szybko.

Deszczowy Poprad też miał swój urok, a kąpiel w 40 stopniowej wodzie przy 15 stopniach na zewnątrz potrafiła regenerować :)

Strbskie Pleso
Tutaj Szczyrbskie Jezioro, położone w Tatrach nieco wyżej niż Poprad.

Wyjazd do Budapesztu był dużą odmianą – po pierwsze, jakieś 10 stopni więcej i słońce, po drugie – język, z którego zrozumieć nie da się nic. Pierwszy dzień – szukanie automatu biletowego, później próby kupna biletu i znalezienia Burger Kinga, potem kilkukilometrowy spacer do Tesco. Drugi dzień – zwiedzanie, zwiedzanie i jeszcze raz zwiedzanie. Trzeci – wizyta w oceanarium i zwiedzanie. Czwarty – kolejne spacery po mieście i zakupy pamiątek. Piąty – wyjazd i wizyta w Tatabanyi. A do tego – Ikarusy w ilościach magicznych.

Budapest
Widok na węgierski Parlament w stolicy Węgier

W trakcie urlopu znalazł się też czas na odświeżenie starych znajomości, z czego się cieszę oraz pożegnanie gliwickich tramwajów (które mam nadzieję nie jest ostateczne) – to smutniejszy akcent.

Faktem niezmiennym pozostaje to, iż teraz, siedząc w pracy, tamte jeszcze letnie chwile mogę co najwyżej wspominać, oglądając za oknem kilka nocnych autobusów. Na szczęście to już ostatnia noc.

Pora spać.

Dodaj odpowiedź